w mieście, w którym
każdego dnia
powietrze umiera
na smogowe suchoty
a pył zalepia usta
w niemym krzyku
płuc wybuchających
czernią oddechu
w mieście, w którym
brunatne źdźbła
z trudem przebijają się
kwaśny naskórek
jałowej ziemi
a jeszcze nierozstrzelane drzewa
wyciągają pokaleczone ramiona
żebrząc o promień życia
w mieście, w którym
Bóg codziennie
umiera na ulicach
trącany obojętnością smartfonów
…ja żyję…
