-„Cicho tu jakoś” – pomyślał rozglądając się nieśmiało – „I trochę ponuro. Jak wtedy… w październiku zeszłego roku. Kiedy tak lało i lało. W zasadzie całe lato było wtedy takie. Taaak…. Paskudztwo. Brrrr! Zepsuło mi to cały urlop . Ale jakie to ma teraz znaczenie?…”
W zamyśleniu sięgnął do kieszeni skórzanej marynarki. Potem do drugiej.
-„Gdzież one się znowu podziały?? Przecież musi zapalić. Teraz – natychmiast!!”
Przeszukał jeszcze inne kieszenie. Też nic.
-„Cholera! Muszę poszukać kiosku. Ale to później. Teraz trzeba tu się jakoś urządzić”.
Wcale nie chciał się tu przeprowadzać. Tam, gdzie dotąd mieszkał było prawie idealnie. Niezbyt daleko od centrum. Można było wrócić na nogach z knajpki nawet w środku nocy. Ale też i bez ciasnoty i turystycznego tłoku, tak charakterystycznego dla podobnych miast. Bez tej całej Wieży Babel wylegającej co rano na przyprószone słońcem uliczki. I bez podchmielonej lekko gawiedzi snującej się po kocich łbach do późnej nocy.
-„Zadepczą to miasto!”- powtarzał często, przeciskając się między taksówkami, dorożkami, rykszami, rowerami i przechodniami przystającymi w najbardziej nieoczekiwanych momentach i miejscach.
Tak…tamto miejsce było bardzo przyjemne do życia. I zieleni tyle. I cisza.
-„Hmm..W zasadzie tutaj też cicho. Nawet za cicho” –skonstatował.
Na zewnątrz powiał wiatr i rozszumiał pobliskiego, ogromnego kasztanowca. Tysiące liści rozgadały się głośno, jakby chciały zaprotestować. Że wcale nie cicho. A już na pewno nie „za”! Liściaści oportuniści, który śmieli nie zgodzić się z ogółem, zostali pozbawieni chlorofilu i zesłani karnie na ziemię. Bo „za” cicho nie jest! Co z tego, że nie dociera tu uliczny zgiełk? Że klaksony przytłumione? I może nawet trochę mniej śmierdzi spalinami? No i co z tego? Przecież słychać tu bardzo dużo. Jak choćby pogaduchy wierzby zza rogu i tego rozłożystego klonu, który był tu chyba najwcześniej. Albo ten świergot poranny. Głośny – aż chce się żyć! A może słychać to wszystko, bo…jest za cicho?
-„Trzeba się będzie do tego przyzwyczaić. Chyba zostanę tu już na zawsze.”
Tyle, że o poprzednim miejscu też tak myślał. Pamiętał dzień, kiedy się tam wprowadzili.
– „Tak. Wtedy świeciło słońce. Pamiętam doskonale. Była taka szczęśliwa…Ja chyba też.”
I świeciło jeszcze czas jakiś. Nawet w dużym pokoju…i w łazience.
A potem wpadła ta nowa fucha. I zaczęła się gonitwa. Od nocy do nocy. I słońce świeciło już mniej…
-„A jednak było jej przykro, kiedy się wyprowadzałem. Nawet chyba płakała kiedy podjechał ten czarny samochód, który miał mnie przewieźć w nowe miejsce . Mi też było przykro. Nie chciałem się wyprowadzać. Nie chciałem jej zostawiać. Przecież płakała… Nie chciałem odchodzić, ale nie miałem wyboru. Ktoś zdecydował za mnie.”
Coś na zewnątrz zaszurało przeciągle. Aż zacisnął zęby. Nie cierpiał takich dźwięków. Przyprawiały go o dreszcze i gęsią skórkę. Niektórzy tak samo reagują na odgłos styropianu przeciąganego po szybie. Jego irytowało szuranie. Przesuwanie kamienia po kamieniu.
-„A może to szkło? Tak…ktoś przesuwa szło po gładkim kamieniu. Po wygładzonym kamieniu. Chropowaty lub pokruszony kamień wydawał by inny dźwięk. Cholera! Niech już przestaną! Muszę zapalić. Gdzież one są?! Cholera! I niech to szlag! A miało być tak cicho…”
Ktoś jakby usłyszał jego psioczenie i przestał szurać. Teraz słychać było za to cichutki szept. O wiele cichszy od pogaduszek wierzby i klonu. I bardziej monotonny. A potem szept zaczął się urywać. Przeszedł w szloch, a potem chyba nawet w płacz.
-„ No pięknie. Jeszcze tego brakowało´- pomyślał ze złością – „Nie ma to jak sąsiedzi z problemami”.
Mówili o nim, ze ma niespożyte pokłady empatii, że jest wrażliwy jak kobieta. Na ludzkie nieszczęście, na niesprawiedliwość, na łzy. Nigdy nie przeszedł obok. Zawsze przystanął i pochylił się nad cudzym losem. Ale teraz… postanowił się nie wtrącać. Nikogo tu jeszcze nie zna. I nikt nie zna jego. I chyba nie chcą poznać. Przynajmniej tak mu się wydawało. Byli tacy nieprzystępni. Odkąd tu zamieszkał, nikt z nich się do niego nie odezwał. Ani słowem. Nie odpowiadali nawet na jego grzeczne „Dzień dobry sąsiedzie”. Niezrażony próbował nawiązać przyjazną konwersację. Potem konwersację jakąkolwiek. Dalej nic. Ciągle próbował. –„Może potrzebują więcej czasu. W końcu jestem tu nowy” – powtarzał sobie kolejnego poranka. A może poprzedniego? Właśnie…jak długo już tu jest.
-„Zaraz, zaraz…kiedy to było? Ta przeprowadzka. W zeszłe lato?…czy była to raczej ta wiosna?”
Tak trudno sobie przypomnieć. Tak trudno znaleźć w pamięci…cokolwiek. I ten czas – jakby przestał istnieć, a może po prostu przestał mieć znaczenie? Bo po co ten pośpiech? Kiedyś często zastanawiał się czy coś łapie czy to on jest łapany. Po co zrywa się co dzień, nawet zanim budzik zarządzi początek dnia? Dnia też wypełnionego pośpiechem. Do czego, ku czemu? Tak…czas przestał mieć znaczenie. Przestał wyznaczać upływ życia. Czas przestał być istotny. Czas stał się zbędny. Swoją egzystencję podzielił na odstępy między spotkaniami z nią.
Przychodziła go odwiedzać regularnie. Przynajmniej tak mu się wydawało. Zawsze przynosiła ze sobą kwiaty. A on zawsze wiedział, że nadchodzi. Pachniała wciąż tak pięknie. Zawsze wtedy zastanawiał się dlaczego odszedł. Przecież kochał ją nad życie. I kocha nadal. Zawsze przyrzekał sobie, że jej to powie, kiedy tylko znów go odwiedzi. Ale kiedy przychodziła wpatrywał się tylko w jej smutne oczy i lekko przygarbioną sylwetkę. Patrzył jak wkładała kwiaty do jego wazonu. Układała je w kompozycję, przekładając każdy kwiat z osobna i szepcząc coś z czułością. Do kwiatów, czy do niego? Natężył słuch. Chciał wychwycić jej szept. Ale wierzba znów plotkowała.
-„Dzisiaj! Dzisiaj powiem jej…” –zdecydował. Już otwierał usta, już nabrał powietrza, by powiedzieć… kiedy wierzba zamilkła i pochwycił niteczki jej szeptu:
-„Tak mi ciebie brak. Tak pusto w moim życiu bez ciebie. Tyle jeszcze mogłeś mi pokazać…Boże! Dlaczego mi go zabrałeś??”
